Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Na obrzeżach Gdańska, w miejscu wybitnie nieturystycznym, znajduje się jedna z najlepszych trójmiejskich restauracji: Malinowy Ogród. Gustownie, elegancko, niespiesznie, a przede wszystkim wyjątkowo smacznie.

Fakt, że świetna restauracja prosperuje z dala od zgiełku trójmiejskiego centrum znawców kulinarnej geopolityki nie będzie dziwił. Już nasz wielki Marszałek mawiał, że to, co w Polsce najlepsze tkwi na jej obrzeżach. Polska jak obwarzanek: najlepsza po bokach i pusta w środku. Podobnie rzecz się ma w gastronomii: dobre adresy gastronomiczne znajdują się poza ścisłym centrum turystycznym.
Restauracja z zewnątrz w zasadzie wtapia się w zabudowę jednorodzinną Osowej. Gdyby nie spory wjazd z nazwą restauracji, można by uznać, że miłośnik przestrzeni życiowej postawił sobie tutaj dom. Wewnątrz jest elegancko, acz bez zbędnej przesady. Wystrój nie czaruje nadmiarem dekoracji. Jest miło, ładnie i schludnie. Na stołach rozłożono płócienne obrusy, płócienne chustki i zastawę, a w dość sporym przedsionku postawiono efektowną i wygodną sofę. Miłośnicy jedzenia na świeżym powietrzu, czyli między innymi ja, mogą latem zasiąść na dość sporym tarasie, z którym sąsiaduje niewielki ogródek z maleńkim oczkiem wodnym. Dociekliwym poszukiwaczom szczegółu zapewne od razu wpadną w oko wszędobylskie maliny. Na drzwiach do toalet układają się w dyskretne kółko lub trójkąt. Na zasłonach swoją czerwienią łamią kremową kolorystykę wnętrza. W sałacie "Malinowy Ogród" zaskakują jako podstawa sosu.

Dobre restauracje mają to do siebie, że zadane u progu pytanie „czy miał pan rezerwację” to nie pusta kurtuazja. W weekendy Malinowy Ogród przeżywa oblężenie. Z myślą o zawiedzionych i oczekujących wprowadzono tu niedawno skuteczne rozwiązanie logistyczne: niedzielne bufety. Taka organizacja lokalu znacznie usprawnia pracę, gwarantuje przyjęcie większej liczby gości, a nadto daje biesiadnikom możliwość buszowania po wielkim stole, na którym piętrzą się smakołyki. Podobne bufety szef kuchni organizuje także w piątki, gdy to suto zastawiony stół Malinowego Ogrodu przenosi biesiadników co piątek do innego kraju, a nadto wieczór umila muzyka na żywo.

Jeśli pojawimy się w restauracji w pozostałe dni tygodnia, będziemy wybierać dania z karty. Każde z nich ma swój klimat, a ponieważ karta jest bardzo urozmaicona, toteż pierwszy wybór może być kłopotliwy. Miłośnikom ryb i z owoców morza na przystawkę poleciłbym małże nowozelandzkie zapiekane z pomidorami, czosnkiem i ziołami, podawane z grzankami. Z zup warto wybrać kaszubską zupę rybną. Na drugie zaś zapiekanego łososia z sosem ziołowym, brukselką oraz pierogami nadziewanymi szpinakiem. Miłośnicy mięs powinni zainteresować się grillowaną polędwicą ze strusia, którą podają tu na polencie kukurydzianej z ratatouille i sosem żubrówkowo-malinowym. W karcie znajdziemy też mniej wymyślne propozycje: dorsza z frytkami, grillowaną karkówkę, pierś z indyka czy żeberka.
Karta co jakiś czas się zmienia, ale zauważyłem, że najsmaczniejsze kąski opierają się próbie czasu. Do klasyków przekąsek z karty Malinowego Ogrodu zaliczają się już pierogi Hrabiny Tyszkiewiczowej nadziewane borowikami podawane z kremowym sosem pietruszkowym i konfiturą z czerwonej cebuli. W dziale sałat od kilku sezonów niezmiennie króluje sałatka "Malinowy Ogród" z filetami z perliczki pieczonymi w bekonie, z malinowym sosem vinaigrette i pomarańczami. W karcie pozostaje też zupa szpinakowa z gorgonzolą, słodko-kwaśną gruszką i orzechami.
Ostatnio właściciele lokalu otworzyli filię Malinowego Ogrodu w Domu Muzyka przy Łąkowej w Gdańsku. Filia jest bardziej kameralna, menu jest tam nieco inne niż na Osowej, ale także i tu jest miło i smacznie.
Zaloguj się lub utwórz konto, by komentować
