Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Smakoszostwo jest aktem naszej władzy sądzenia, którym przyznajemy pierwszeństwo temu, co naszemu smakowi miłe, nad tym, co nie ma tej zalety
Gdańska Ołowianka nie ma szczęścia do inwestorów. O planach jej rewitalizacji mówi się głośno, ale na szumie medialnym się kończy. Tymczasem, niezależnie od szumu, skrawek po skrawku, niejako organicznie, wyspa nabiera nowego wyrazu. Jedną z jej perełek okazuje się być restauracja mieszcząca się w Hotelu Królewskim.

Hotel Królewski jest owocem wieloletnich prac renowacyjnych starego spichrza królewskiego. Mieści w sobie elegancką restaurację z widokiem na Motławę, która godnie sąsiaduje z Filharmonią Bałtycką. Ta restauracja jest jedną z nielicznych, które mają odwagę przedstawić gościom menu firmowane nazwiskiem szefa kuchni. Jak się okazuje, nie bez powodu, bowiem to jedna z najlepszych kuchni Gdańska.
W restauracji panuje klimat oficjalny. Obsługa jest chłodna, sztywna, mało komunikatywna, a momentami nawet słabo kompetentna. Niemniej stoliki nakryte są czystymi obrusami i pełną zastawą, z ukrytych w suficie głośników płynie kojąca muzyka, na ścianach wiszą ryciny o tematyce marynistycznej, przez wykute w grubym murze okna byłego spichrza można podziwiać spektakularny widok na Motławę i jej nabrzeże.
Menu jest dziełem autorskim szefa kuchni, Wojciecha Harapkiewicza. Szef podpisał się na nim, ale niebezpodstawnie, bowiem pełnymi garściami czerpie z tradycji kuchni europejskiej, odważnie łączy smaki, wykorzystuje rzadko w Polsce spotykane składniki, a na talerzach maluje obrazki, które stanowią doskonałą uwerturę do oczekujących gościa doznań smakowych. Karta co jakiś czas przechodzi zabiegi odświeżające. Zawsze jest dobrze przemyślana, a przy tym nieprzeładowana, dzięki czemu kuchnia jest w stanie podać każde danie z karty, jednocześnie zachowując najwyższą jakość.

W restauracji z kuchnią tej klasy każda propozycja menu z założenia jest doskonała. Tak właśnie jest w przypadku Królewskiej. Trudno więc coś polecać szczególnie, więc ograniczę się do przedstawienia kilku wybranych dań, które, reprezentując poszczególne sekcje menu, nakreślą nieco kulinarny klimat lokalu. Wszak cokolwiek wybierzemy z karty, nieodmiennie będziemy zadowoleni.
Reprezentantką zup niech zatem będzie chorwacka zupa krewetkowa. Podaje się ją tutaj z sakiewką z ciasta naleśnikowego z małą krewetką w środku. Zupa smaczna, aromatyczna, a sakiewka całkiem miła. Z listy dań głównych muszę wspomnieć jagnięcinę. Jestem bowiem wielkim fanem tego mięsa i gdziekolwiek je dostrzegam, zawsze zamawiam. W Królewskiej jadłem jagnięce kotleciki z kostką. Były doskonale wysmażone, jędrne i soczyste, ugarnirowane grillowanymi warzywami, podane z aromatycznym sosem. Sekcję rybną niechaj zilustruje diabeł morski ułożony na zygzakach z sosu na bazie octu balsamicznego, podany z ciekawie zwiniętym czarnym makaronem, sałatką z rukoli i kilkoma krewetkami. Cały kunszt tego dania widać dokładnie na zdjęciu. Fotografia ilustruje też danie z pozoru całkiem zwykłe - pierś z kurczaka. Tutaj ubrano ją w wykwintne szaty, przygotowano z owocami, zapieczono pod mozzarellą i przyodziano sosem różanym. Ha!

Lokal ma też jednak słaby punkt, a jest nim obsługa kelnerska. Pewnego popołudnia, gdy w towarzystwie kilku osób wpadliśmy przekąsić coś w Królewskiej, kelnerka stawiała długotrwały opór zanim jedna z moich współbiesiadniczek w końcu złożyła zamówienie specjalne. Współbiesiadniczka zażyczyła sobie przekąskę z krewetek na sposób azjatycki według własnych oczekiwań. Po niepotrzebnych deliberacjach z kelnerką okazało się, że szef kuchni chętnie przygotuje przekąskę na życzenie. Co więcej, przekąska przerosła oczekiwania mojej współbiesiadniczki i od razu rozjaśniła jej lico. Krewetki podano w otulinie z cienkiego ciasta, doskonale chrupiące na zewnątrz i delikatne w środku. Całości dopełniały dwa sosy - jeden słodko-kwaśny z wyczuwalnymi aromatami karmelu i pomarańczy, a drugi pikantny. Całość udekorowano kawałkami kokosa. To dopiero!
Na deser w Królewskiej zawsze zamawiałem doskonały creme brulee. Dziś nie ma go już w karcie, a szkoda. Podawano go z kawałkiem mango, polany likierem cointreau, który zapalano przed podaniem. W nowym menu zastąpiło go creme brulee w trzech odsłonach - z akcentem kawy, owoców leśnych i w formie klasycznej.
Chętni na smakołyki z królewskiej kuchni muszą się nieco napocić, żeby dostać się do restauracji. Jak na razie prowadzi tu jedna i to niedogodna ulica, dodatkowo wyściełana kocimi łbami. Podjęte trudy jednak z pewnością się opłacą. Nadmotławski Gdańsk widziany przez okna wykute w grubych murach starego królewskiego spichrza wygląda fantastycznie. Jeśli z talerza zerknie na nas jakaś królewska pyszność, ów widok bez wątpienia będzie jednym z niezapomnianych.
Zaloguj się lub utwórz konto, by komentować
